Uwaga: oryginalna transkrypcja whisper zawierała ponad 2000 powtórzeń halucynacji końcowej. Poniższy tekst obejmuje pierwsze ~20 minut realnej treści odcinka, po naprawie audytowej.
Mało osób ma dostęp do tej branży od tej strony. Znam kilkadziesiąt osób, które pracują z konopiami w ramach terapii albo głównie w ramach terapii. Tą osobę pomyślałem, że ja mogę z tego skorzystać.
Witam Cię w kolejnym odcinku podcastu Rozmowy Konopne, w którym poruszam medyczne zastosowanie konopi. Moimi gośćmi są lekarze, naukowcy, pacjenci oraz eksperci zajmujący się tą niezwykłą rośliną. Ja nazywam się Tomasz Ołubczyński i jestem dyplomowanym terapeutą konopnym. Jeżeli publikowane przeze mnie treści są dla Ciebie atrakcyjne, zasubskrybuj, udostępnij lub napisz komentarz. A teraz zaczynamy.
Dzień dobry. Dzisiejszym gościem jest Dariusz Młynarczyk, terapeuta konopny, plantator, a tematem dzisiejszego spotkania jest drugi festiwal terapii konopnych. Dzień dobry, Darku.
Dzień dobry.
Zacznijmy od tego, czym jest drugi festiwal, czyli druga edycja terapii konopnych. Co się zmieniło od czasu pierwszego festiwalu?
To już tak na poważnie mówimy? Przez chwilę się zdekoncentrowałem przez ten mikrofon, słuchawki — w ogóle świetnie. Będę siedział grzecznie i będę po prostu grzecznie odpowiadał na pytania. Czym jest drugi festiwal? Przede wszystkim jest kontynuacją pierwszego. I ten cały pomysł, żeby nie robić tak jak większość branży dożynek konopnych — mimo że jestem plantatorem i uprawiam, to jednak też jestem terapeutą. Mój pomysł i obserwacja po pierwszej imprezie, która była typowo dożynkowa, była taka, żeby nie nazywać tego dożynkami. Bo przyjeżdża cała masa chłopaków, którzy lubią jarać trawkę — to bieganie z lufkami, te opary medycznej marihuany, CBD, CBG... Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie po zapachu jednoznacznie stwierdzić, że to jest susz konopny.
Dożynki są luźniejsze, bardziej zabawowe, niemerytoryczne — i nie do końca mi to pasowało. Ten czas, który inwestuję, chciałbym, żeby przynosił wymierne korzyści. Jest tyle festiwali, tyle okoliczności do zabawy. W tym roku wysyp festiwali po całej Polsce był tak bogaty, że myślę, że ludzie się pobawili. Jest gdzie jarać — coraz więcej ludzi ma recepty, więc coraz mniej obaw. Nad Wisłą, Wartą i wszystkimi rzekami chyba najwięcej dziś oparów.
Skoro jestem terapeutą i mało osób ma dostęp do tej branży od tej strony — znam kilkadziesiąt osób, które pracują z konopiami w ramach terapii albo wplatają je w jedzenie, w inne aspekty życia, zdrowia i samopoczucia — pomyślałem, że mogę z tego skorzystać. Mam cudowne miejsce: 3,5-hektarowe gospodarstwo. Mogę być niezależny, dostosowujemy się do tego, co potrzebuje uczestnik i terapeuci, którzy przyjeżdżają.
Zaproszenie tych terapeutów to była jedna z trudniejszych aspektów organizacyjnych. Skomponować kilkanaście osób, które do końca nie wiadomo, czy ich będzie 20 czy 16. Tak żyjemy szybko, że wszystko trzeba aktualizować do samego końca. Z tego ułożyć fajny plan, zaprosić ludzi, żeby mogli się czuć swobodnie. Dzwoni pani, pyta o nocleg, namiot — mówię: wie pani co, to jest dlatego robione w wakacje, w takiej formule, bo my też chcemy być na luzie, mówić nie sztywno, tylko o przykładach, żeby to było żywe. Można zadać pytanie, odejść, porozmawiać — o żywość chodzi.
Wielokrotnie powtarzam moim współpracownikom: profesjonaliści zbudowali „Tytanica", a Arkę Noego — amator. To my jesteśmy takimi amatorami, którzy budują Arki, i te Arki przetrwają wszystkie potopy.
Z tą skromnością nie przesadzaj — pierwszy festiwal wyszedł bardzo dobrze, byłem, widziałem. Impreza fajna, było wszystko: miejsce, przestrzeń, możliwości, terapeuci, plantacja, na którą można było wejść.
Trochę się wymknęło, bo właściwie miałem pomysł, żeby nie wpuszczać tam ludzi — mam swój program BHP, ochronny tych roślin. Ale w pewnym momencie, jak zobaczyłem, że ludzie tam latają, rozłożyłem ręce — i tyle. Piękne zdjęcia. Trudno się dziwić, bo dla wielu była to jedyna możliwość zobaczenia rośliny na polu, nie na zdjęciu, nie w postaci suszu.
Przy samym wjeździe na plantację jest małe poletko 10 na 10, gdzie są fajne rośliny do selfie. Ale na polu było coś wyjątkowego. Ciągle słyszę: „wow, nie wiedziałem, że tak wygląda uprawa konopi". Jest kilka takich plantacji w Polsce, znam tych ludzi osobiście. Ale na plantacjach hiszpańskich, włoskich, meksykańskich odwalają przedziwne numery — sieją w kręgach, w okrągłych formach, a nie w rzędach. Z drona to się wszystko niesamowicie ogląda. Robiłem próby z kręgami, ale mi nie wyszły — to dużo pracy.
U mnie jest uprawa rzędowa. W tamtym roku 5000 roślin na hektarze, rzędy obok siebie, nawadnianie kropelkowe — cudownie można było chodzić, nagrywać. Mieliśmy nawet jedną nagrywkę siedząc między tymi rzędami. No bo gdzie mieliśmy nagrywać, jak nie w konopiach.
Czyli będzie więcej prelegentów, większa ilość osób zainteresowanych. Tak się przygotowuję — nie robię większej imprezy, ale wyczułem, że wiele osób z tamtego roku już się umawiało na przyszły. Wykładowcy mówili: „Darek, przyjeżdżamy na następny rok". Decyzja zapadła już na pierwszym festiwalu. Część klientów nasłuchała się wykładów i chce wrócić. Każdy terapeuta inspiruje swoich klientów, żeby przyjechać — przez dwa dni masz np. 16 wykładów w cudownych warunkach. Miejsce na leżaczki, kocyki, jedna salka totalnie otwarta, głośniki na zewnątrz. Z pół hektara ogarniemy dźwiękiem. Można siedzieć — w ubiegłym roku były całe rodziny z dziećmi, mi to nie przeszkadzało, duży teren. Można nawet namiocik złożyć i słuchać.
Ważna informacja: dla kogo jest ten festiwal? Wiemy już, że na pewno nie dla palaczy. No nie — jak nie dla palaczy, ja jaram 27 lat. Teraz mam receptę, jestem spokojny. Ale co za czasy, żeby grower musiał mieć receptę. Jeszcze dużo musimy zmienić. Cała dyskusja o zmianie przepisów — w zakresie wysiewania, uprawy, używania medycznego — od początku było wiadomo, że robimy małe kropki. Nie dało się zrobić rewolucji. Może te małe kropki nas trochę zgubiły, bo Niemcy zrobili jeden duży krok i nagle są przed nami. Liczę, że za moment dostawimy drugą nóżkę.
Suszu w aptekach schodzą tony. Mam nadzieję, że decydenci mają rozeznanie — jest zapotrzebowanie, nikt się nie zabił, nikt się nie zajarał, nikt sobie nie wstrzyknął konopi. Nie skoczył z okna.
Ale chciałbym zaznaczyć, że limity już mamy wyczerpane. Ta ilość, która została zakontraktowana, już prawdopodobnie wjechała do Polski. Nowego asortymentu, nowych odmian, które nie załapały się na aktualną kontraktację — jest ryzyko, że w tym roku nie będzie. Dla mnie to kombinowanie, odczuwalny jakiś lobbing, którego nie możemy złapać za rękę. Trzeba sprawdzić, kto jest właścicielem sieci aptek. Apteki zarabiają na suszu — gdyby zainteresowanie było 20, 30, 50 ton, pacjenci i tak by kupowali. Mogę tylko wnioskować, że to lobbing polityczny, bo apteki są zainteresowane sprzedażą, pacjenci zakupem.
Czasem to lobbing, czasem ograniczenie w umyśle. Decydenci niewiele wnoszą — na czym się nie znają, a podejmują decyzje. System powinien być oparty o opinię społeczną. Ponad 50% społeczeństwa chce uwolnienia przepisów. Niech chłopaczki pod blokiem sobie jarają — nikt nie umarł, nikt sobie krzywdy nie zrobił. Amerykańskie statystyki są miażdżące dla opinii o „narkotyzowaniu społeczeństwa": 25% Amerykanów pali mniej niż za czasów, kiedy to było nielegalne. Nielegalne ma lepszy smak, ale i wiąże się z brakiem edukacji. YouTube wycina słówka — nie mogę wszystkiego powiedzieć.
Mam gazetę „Live" z 2003 roku, dużą okładkę z pięknym topem — w artykule było już czuć, że za moment, w przyszłym roku, będzie legalizacja. To 2003 rok. Mamy 20 lat później. Sorry, to jest zabawa w kotka i myszkę.
Wróćmy do pytania — dla kogo jest ten festiwal? Przede wszystkim dla osób, które żyją zdrowo, chcą żyć zdrowo, rozwijają się, edukują. To najczęściej ja i ci inni terapeuci. Mamy po kilka, kilkanaście lat doświadczeń, którymi możemy się dzielić. Wielokrotnie powtarzanych, sprawdzonych. Na niektóre dolegliwości mamy takie patenty, że to i to najpierw sprawdzamy, a jak jest efekt, nie idziemy dalej.
Przy padaczkach lekoopornych słyszałem opinię doktora Bachmana — guru w tym temacie w Polsce, pozdrawiamy naszego nauczyciela. Że właściwie najpierw powinna być konopia podawana, żeby sprawdzić, czy da się padaczkę ustabilizować. A dopiero kiedy konopia nie zadziała — szukać lekarstwa. To by odwróciło całą strukturę.
Tak samo z depresjami, ze stanami obniżonego samopoczucia. Lekarze, psychiatrzy — nie chcę powiedzieć, że nie potrafią. Ich system określania, jaka to jest choroba, jest ułomny. Później się okazuje, że coś jest trochę tu, trochę tu. Moje rozpoznanie: nie nazywam ani depresją, ani stanami manikalnymi — to neurodegradacja. Zawsze za tymi dolegliwościami kryje się neurodegradacja. Doprowadzenie pracy mózgu, układu neuronowego do uszkodzenia — od stresu, rzutów kortyzolu, alkoholu. Kokainistę miałem przez jakiś czas — ładnie wyprowadziliśmy po trzech latach ćpania. Fajnie ten mózg zaczął pracować. Leki, chemioterapie, glejaki w głowie — bardzo dużo dolegliwości niszczy struktury neuronowe. I sytuacje życiowe tak samo. Cała gama wpływa na neurodegradację.
W tematyce zdrowia bardzo dużo się mówi o odrobaczaniu, o poprawie odporności jesienią — to wręcz rytualne rzeczy, które przetaczają się sezonowo przez wszystkie media. Gdzie słyszysz, żeby mówiło się głośno o poprawie stanu pracy mózgu?
[Transkrypcja realnej treści kończy się w tym miejscu — pozostała część pliku to halucynacje whispera.]